• Melechy 2019

    Czyli wyprawa po kamyczek o którym „wiadomo kto po nim stąpał”.

  • Kościół od środka

  • Melechy

  • Melechy Koniusznia

  • Zgoda ambasady RB

  • Melechy na mapie

  • Melechy nr 3

  • Szczara

  • Kościół pw św Piotra i Pawła

  • Rzeźba Marka

  • Janina Prudnik

Impulsem do wyjazdu w rodzinne strony Marka Petrusewicza był cytat z filmu „ Sami swoi”. Myślę tutaj o scenie w której brat Kargula – Janek przyjechał z Ameryki na chrzciny Kargulowej wnuczki. W tzw. kuluarowej rozmowie wyjawił jeden z celów swojego przyjazdu. Chciał aby Kargul dał mu trochę ziemi z woreczka z ziemią zabraną przez ich matkę na zsyłkę a zabraną z miejsca ich urodzenia – Krużewnik. Chciał aby po jego śmierci w Ameryce, ziemię tą wsypać do jego grobu.

Tak bliska była ona jego sercu przez wszystkie lata tułaczki. Marek Petrusewicz urodził się wprawdzie w Wilnie, ale pierwsze lata swojego życia spędził w rodzinnym majątku we wsi Melechy, leżącej na terenach II Rzeczpospolitej, leżącej na terenach dzisiejszej Białorusi. Idąc tym tropem jako organizator i pomysłodawca Memoriału Marka Petrusewicza a jednocześnie urodzony już w powojennym Wrocławiu, syn Kresowiaków z Wołynia, którzy tak jak setki tysięcy Polaków przeszli gehennę zsyłki na Sybir i zostali wyrzuceni ze swoich rodzinnych stron pomyślałem że na jego grobie można by zamieścić płytę z epitafium wyrytym na kamieniu przywiezionym właśnie z Melechów.

Przy okazji nadania imienia Marka Petrusewicz nowo powstałej pływalni na której od trzech lat organizowane są zawody poświęcone jego pamięci, wspólnie z Prezesem DOZP Zbigniewem Dubielem i głównym ich organizatorem Grzegorzem Widanką podjęliśmy decyzję o zorganizowaniu wyjazdu po w/w kamień.

Przed jubileuszową XXX edycją zapadła decyzja o wyjeździe na Białoruś. W skład delegacji weszli Zbigniew Dubiel, Witold Wasilewski i zawodniczka WKS Śląsk Ewelina Włodarczyk, która przed kilkoma miesiącami obroniła pracę inżynierską na temat organizacji Memoriału Marka Petrusewicza w Kolegium Logistyki Politechniki Łódzkiej.

Po załatwieniu przez Prezesa wszystkich formalności w Ambasadzie Białoruskiej ( wizy dla członków delegacji, zgoda władz Białorusi na wywiezienie z ich terytorium kamieni z okolic wsi Melechy ) dnia 20 września 2019 r. wyruszyliśmy w nieznane. Do przejechania mieliśmy ponad 800 km. więc wyjazd o godz. 05.30 rano.

Wyjazd w nieznane ( nikt z nas na Białorusi jeszcze nie był, mity o rzekomym reżimie Łukaszenki ) i niepewne ( czy znajdziemy wieś Melechy i jakikolwiek kamień z rzeki Szczary w której rzekomo Marek Petrusewicz uczył się pływać ). Tym bardziej, że okolice w które jechaliśmy to teren typowych poleskich bagien więc o kamień mogło być trudno. Pogoda piękna, droga do Białegostoku super ( S-8, A-1, A-2 i znowu S-8 ) prezes za kierownicą nikogo nie dopuszcza do zmiany i jakby miał w nodze tempomat – na liczniku prawie cały czas bezpieczne 120/130 km/h. Od Białegostoku droga już jednopasmowa ale przyzwoita. Dojeżdżając do granicy mijamy chyba 10 km. sznur tirów czekających na przejazd na Białoruś. Nas to nie dotyczy. Ruch w stronę Polski tak znikomy, że cały czas jedziemy za samochodem straży granicznej lewym pasem od czasu do czasu ustępując komuś z naprzeciwka. Dojeżdżamy do przejścia granicznego w Bobrownikach. Wschodnia granica Unii Europejskiej. Przypominają się minione czasy kiedy tak wyglądały wszystkie przejścia graniczne. Pas dla tirów, pas dla osobowych, druty kolczaste, pas zaoranej ziemi, kamery.

Zbliża się czas odprawy granicznej. Najpierw Polacy. Jak to w UE. Bez problemu. Do momentu kiedy okazało się, że dowód rejestracyjny samochodu został w domu w skanerze. Prezes tłumaczy, że ma go w telefonie w poczcie bo u nas nie trzeba go mieć przy sobie. Pogranicznik mówi, że u nas nie, ale na Białorusi – tak i prawie na pewno nas nie przepuszczą ale..próbujcie.

Próbujemy. Nie po raz pierwszy w czasie naszej wyprawy mamy szczęście. Trafiamy na sympatycznego białoruskiego pogranicznika który w przeciwieństwie do swoich umundurowanych koleżanek zadeklarował się porozmawiać i spróbować przekonać białoruskich celników, żeby nas przepuścili przez granicę bez papierowego dokumentu świadczącego o tym, że samochód naprawdę jest sprawny i należy do Zbigniewa Dubiela. Po kilkunastu minutach oczekiwania i deklaracji, że nic nielegalnego nie przewozimy oraz pisemnym zapewnieniu, że za dwa dni wrócimy do Polski tym samym przejściem granicznym, wjeżdżamy na terytorium Republiki Białoruskiej.

Wydawało się, że jesteśmy „w domu”. Do momentu kiedy okazało się, że na Białorusi wszystkie główniejsze drogi są płatne również dla samochodów osobowych. A do dokonania opłaty i otrzymania czegoś w rodzaju naszego viatola niezbędnym warunkiem jest posiadanie dowodu rejestracyjnego w papierowej postaci. Jazda bez opłaty 100 Euro podczas pierwszej kontroli. Nijak się nie opłaca. Kolejna życzliwa osoba na naszej drodze ( urzędniczka ! ) po dwóch godzinach elektronicznej korespondencji z Mińskiem wydrukowała nam zeskanowany przez Zbyszka i zamieszczony w jego poczcie dowód, opłata dokonana – wreszcie ruszamy ! Po przejechaniu pierwszych kilometrów minięciu kilku wiosek i miasteczek od razu rzuca się w oczy CZYSTOŚĆ!

Czysto na mijanych przystankach autobusowych, poboczach drogi, parkingach, stacjach benzynowych. Mała refleksja : czy to zasługa państwa Łukaszenki czy KULTURA OSOBISTA ?

Około 20.00 dojeżdżamy do miasta Baranowicze. Mamy tam zarezerwowane przez Zbyszka noclegi na prywatnej kwaterze. Gospodyni czeka na nas. Bardzo miła i sympatyczna.

Widok za oknem nie pozostawia wątpliwości. Ponieważ mieszkamy w samym centrum przy ul. Sowietskoj za oknem rzuca się w oczy olbrzymi pomnik Włodzimierza Ilijicza Lenina. Miasto całkiem spore. 170.000 tys. mieszkańców.

Kwaterujemy się, jemy kolację, krótki spacer po okolicy i idziemy spać. Jutro ma się okazać czy nasz wyjazd będzie owocny. Jedyną informacją o miejscach w które się udajemy są rosyjsko – języczne nazwy miejscowości na mapie w internecie i informacje zawarte w książce Wojtka Wiesnera pt. „Jaki był Marek Petrusewicz.” Wojtek uczulał nas na to aby szukać wsi Melechy nad rzeką Szczarą, która należała do gminy Niedźwiedzica. W Niedźwiedzicy znajdowała się parafia rzymsko-katolicka w której Marek Petrusewicz został ochrzczony.

Wieś Melechy, gmina Niedźwiedzica i rzeka Szczara w której według relacji brata Marka Petrusewicza – Stanisława uczył go pływać – były jedynymi, w miarę pewnymi punktami wyprawy od których postanowiliśmy rozpocząć poszukiwania kamienia. Po cichu liczyliśmy na to, że być może spotkamy osoby, które mogły pamiętać rodzinę Petrusewiczów z okresu przedwojennego.

Wstajemy w chłodny deszczowy poranek i wyruszamy. Zbyszek sugeruje aby rozpocząć od znalezienia miejscowości Niedźwiedzica w której Marek był chrzczony. Na chybił trafił jedziemy w kierunku Lachowicz ( pierwsza większa miejscowość na drodze do w/w.) Niby wszystko w googlach jest ale pisane cyrylicą więc pewności nie ma, że to na pewno ta miejscowość której szukamy. Nie mamy też szczegółowej mapy drogowej Białorusi. Po wniesieniu opłaty drogowej dostaliśmy tylko mapę z drogami płatnymi i większymi miejscowościami. W Lachowiczach postanawiamy zasięgnąć języka. Szczęście dopisuje nam od samego początku. W aptece spotykamy mężczyznę który jest dosyć dobrze zorientowany w terenie i objaśnia nam nawet jak dojechać nie tylko do Niedźwiedzicy ale nawet do wsi Melechy. Wyruszamy postanawiając najpierw zajechać do Niedźwiedzicy ( jest wcześniej ) słusznie przypuszczając, że może wspominany wcześniej kościół będzie jeszcze stał. Jak kościół to może ksiądz który będzie coś wiedział ? Może starsi mieszkańcy pamiętający rodzinę Petrusewiczów lub Jarmolińskich

Rzeczywistość przeszła nasze najśmielsze oczekiwania. Przy zjeździe z głównej drogi na Niedźwiedzicę tablica informująca o zabytkowym kościele św. Piotra i Pawła. Dojeżdżając z daleka widzimy piękny odrestaurowany kościół. Zastanawiamy się jak odnaleźć proboszcza. Przy kościele kilka kobiet przygotowuje na stołach potrawy i ciasta. Z głębi kościoła słychać śpiew w wykonaniu profesjonalnego chóru. Zbyszek pyta o : wieś Melechy, proboszcza, Marka Petrusewicza. Panie nie znają polskiego ale rozumieją nasz trochę już zapomniany rosyjski i mówią, że za moment pojawi się tutaj Polka która właśnie dzisiaj organizuje w kościele czwartą edycję „ Dni kultury Polskiej”.

Lepiej nie mogliśmy trafić. Pani Janina Prudnik jest Polką, przewodniczącą Koła Polaków na Białorusi okręgu Nowogródzkiego. Ucieszyła się że jesteśmy z Polski wysłuchała nas uważnie i za moment skontaktowała się z proboszczem parafii św. Michała księdzem Wincentym Siewrukiem. Za moment ksiądz pojawił się w kościele. Przedstawiliśmy cel naszego przyjazdu, nakreśliliśmy pokrótce postać Marka Petrusewicza i uzyskaliśmy zapewnienie, że w przyszłości postara się dokładnie przejrzeć ocalałe po wojnie księgi parafialne w poszukiwaniu śladów rodziny Petrusewiczów i Jarmolińskich. Ponieważ rozpoczęcie obchodów Dni Polskich rozpoczynało się mszą świętą uzgodniliśmy na zaimprowizowanym spotkaniu Niewielkiej Części Zarządu DOZP, że zamówimy mszę za duszę ś.p. Marka Petrusewicza. Uznaliśmy, że kwota w wysokości 50 EU będzie wystarczająca. Ponieważ zaczęły już zjeżdżać się chóry mające uczestniczyć w konkursie, rozkładały swoje produkty kulinarne i rękodzieło panie które uczestniczyły w prezentacjach organizowanych w ramach w/w dni, uznaliśmy że nadszedł czas aby pojechać wg dokładnych wskazówek Pani Janiny do wsi Melechy. Miejsce w którym spędził dzieciństwo Marek Petrusewicz, gdzie oswajał się z wodą i robił pierwsze pływackie kroki było bardzo blisko. Co zastaniemy na miejscu ?

Po zjechaniu z głównej drogi minięciu kilku wiosek wyglądających jak skansen ( gdyby nie dachy kryte eternitem ) dojechaliśmy do celu naszej wędrówki. Okazało się, że Melechy to wymierająca wieś w której stoją już tylko cztery zamieszkałe chałupy. Dookoła las gdzie nie gdzie szuwary świadczące o tym że znajdujemy się na typowych poleskich bagnach a rzeki Szczary ani śladu. Nie spotkaliśmy tam żywej duszy. Ponieważ droga wiodła dalej postanowiliśmy jechać dalej – może w następnej wiosce uda się kogoś spotkać. Zatrzymujemy się na widok kobiety w średnim wieku Obok jakiś mężczyzna. Zbyszek wysiada zasięgnąć języka. Opowiada o celu naszej wizyty. Kilka zdań o Marku…mówi,że szukamy miejsca w którym stał ich „dworek”, że niedaleko miejsca w którym był płynie Szczara… On to ma dzisiaj szczęście. Na dźwięk nazwiska Petrusewicz kobieta pani Ałła Pleskacewicz mówi, że jej matka wielokrotnie opowiadała o tym, że pracowała na służbie u Państwa Petrusewiczów i ona wielokrotnie była w zabudowaniach przejętych przez kołchoz. Razem ze swoim sąsiadem zaprowadzili nas w to miejsce. Po samym dworku nie zostało już ani śladu. Została tylko studnia i ruina po oborze w której przez kilkadziesiąt lat mieszkał pracownik kołchozu i dlatego przetrwała do dnia dzisiejszego.

Znaleźliśmy dwa kamienie. Jeden z ruin fundamentów majątku, drugi znaleziony na drodze do Szczary. Przy samej rzece wszystko tak jak przypuszczaliśmy – zarośnięte. Dojście do nurtu również. Mężczyzna który nas prowadzi mówi, że jeszcze kilkanaście lat temu biegła tędy ścieżka.
Dzisiaj – ugór. Pomaga mi donieść kamień do samochodu. Wprawdzie nie jest on zbyt wielki ale swoje waży. Wracając do auta zabieramy kamień z fundamentu resztek posiadłości Petrusewiczów. Z któregoś z nich po konsultacji z kamieniarzem albo zrobimy małą płytę, albo na odpowiednio przygotowanym kamieniu wyryjemy przygotowany tekst z epitafium dla Marka Petrusewicza. Właściwie cel naszej wyprawy już został osiągnięty. Mamy to po co przyjechaliśmy. Ale to nie wszystko.

Wyjeżdżając z Niedźwiedzicy zostaliśmy zaproszeni przez Panią Janinę do uczestnictwa w Dniach Kultury Polskiej. Obiecaliśmy, że po odwiedzeniu Melechów i załatwieniu naszych spraw na pewno wrócimy. Wracamy prawie na sam koniec przeglądu chórów polskich. Po ogłoszeniu wyników poczęstunek przygotowany wcześniej przez miejscowe kobiety. Zostajemy przedstawieni Pani Konsul z Brześcia Pani Edycie Wodzińskiej- Andrejewej, która uczestniczyła w Dniach Kultury Polskiej reprezentując w czasie ich obchodów Rząd Rzeczpospolitej. Pani Janina przedstawia naszą delegację i zaprasza nas na uroczysty obiad do położonych kilkanaście kilometrów od Niedźwiedzicy – Lachowicz. Przyjmujemy zaproszenie. W trakcie obiadu opowiadamy Pani Konsul o celu naszej wizyty na Białorusi, Zbyszek wręcza jej książkę Wojtka Wiesnera – „ Jaki był Marek Petrusewicz”.
Wieczorem powrót do Baranowicz. Kawka, spacer po okolicy miejsca zakwaterowania, podsumowanie jakże owocnego dnia i do snu. Jutro wracamy do Polski.

Powrót już bez większych przygód. Jeszcze tylko bezcenne miny zarówno białoruskich jak i polskich celników na widok kamieni w bagażniku. Nic do oclenia. Na kamienie pozwolenie od białoruskich władz załatwione przez prezesa.

W drodze powrotnej zajeżdżamy do Suwałk po projekt pływaka, który ma służyć za dopełnienie tablicy na grobie Marka Petrusewicza. Po konsultacjach z Rafałem Strumiłłą jego autorką jest Olga Wielogórska rzeźbiarka urodzona w Sejnach. Jest również pomysł aby wykorzystać go jako punkt wyjścia do statuetek dla zwycięzców biegu memoriałowego w kolejnych edycjach Memoriału Marka Petrusewicza. Jeżeli uda się sfinalizować sprawę możliwości wykonania pamiątkowych statuetek w pomniejszonej skali to mogą one zostać wykorzystane do uhonorowania zarówno sponsorów i instytucji wspierających memoriał jak i osób szczególnie zasłużonych dla dolnośląskiego pływania (doskonały pomysł Zbyszka Dubiela).

Autor WW

Korespondencja @ po przyjeździe do Polski

Witam serdecznie Panie Zbigniewie.

Cieszę się że już jesteście w domu. Z ciekawością będę czekała na Państwa materiał
o naszym rodaku śp. Marku Petrusewiczu. Poproszę  ks. Wincentego Siewruka żeby
postarał się odnaleźć w dokumętacii parafialnej  naźwiska Petrusewicza i Jarmolińskiego
Chcem zapytać – czy spodobało się państwu u nas na Białorusi,
jakie wrażenia po tym wyjaździe już macie, co się udało , oprócz Melechów i Niedźwiedzicy,
jeszcze pozwiedzać i gdziebyście jeszcze chcieli dostać.
Co dotyczy naszej współpracy, to mam nadzieję że moglibyśmy  prowadzić jakieś
wymiany grupami młodzieży, czy dorosłych ludzi, na pare jakich dni- od was 
do nas i odwrotnie, czy może jakieś spotkanie, 
naprzykład opłatkowe, wspólnie zrobimy, a może  Pan coś ciekawego proponuje..
Jak lepiej pomóc parafii zapytam u ks. Wincentego, a później napiszę .

Pozdrawiam serdecznie

Janina Prudnikowa, 
prezes Lachowickiego rejonowego ZS ZPB

Droga Janino,

wróciliśmy szczęśliwie do Wrocławia. Wkrótce podzielimy się materiałem z 
naszego tak owocnego wyjazdu do rodzinnych stron śp.Marka Petrusewicza. 
Dziękujemy za dar losu jakim było spotkanie w Niedźwiedzicy. 
Chcielibyśmy zapisywać kolejne rozdziały w naszych kontaktach. Będę  
wdzięczny za sugestie jak mogłaby wyglądać nasza współpraca z Twoim 
kołem i pomoc dla parafii pw. św Pawła i Piotra. Proszę przekaż 
pozdrowienia ks.Wincentemu Siewierukowi (?) i n/prośbę o kwerendę w 
dokumentacji parafialnej pod kątem obecności w niej nazwisk Petrusewicz 
i Jarmoliński
Serdecznie Cię ściskamy

Zbigniew Dubiel